Prawdziwa historia 11 września 2001,

albo

co wykryłem 12 września.

 Wróciłem z bardzo dalekiej podróży. Mam takie jedno-jedyne swoje miejsce na świecie, jezioro odległe o 120 km od Ottawy. Jest zupełnie odcięte od świata; mam tam od 17 lat swoje obozowisko, które z 9-letnim Krzysiem wymościłem na półwyspie, do którego nie prowadzi żadna ścieżka (a przez busz kanadyjski,  przypominający trochę poziome Tatry, przejść się nie da, trzeba łódką na ten półwysep się dostać). Samo jezioro jest odległe o 30 km od najbliższej szosy; prowadzi do niego przez ostatnie 8 km kreta, skalista, terenowa dróżka. Tyleż jest do najbliższej ludzkiej siedziby, dwóch domków, ale z telefonem. Ostatnie dwa kilometry są dostępne albo terenową ciężarówka (i czasem w weekend ktoś przyjeżdża wioząc canoe i potem pływa po moim sekretnym jeziorze), albo moim tajnym, wyciętym przez skaliste bagienka (znów Tatry Wysokie), szlakiem. Obracam tym szlakiem dwa razy - najpierw niosę moja łódkę-nadymankę, a potem, na ramie, cały dobrobytek niezbędny do egzystencji w zupełnym odcięciu od cywilizacji. Łódką przeprawiam się na moje obozowisko, na którym  z Krzysiem spędziłem najlepsze dni i gdzie każdy kamień, każde miejsce związane jest z jakimś wydarzeniem, myślą, przygoda.  Na prawo od widocznej na zdjęciu wyspy widać białą plamkę - to skałka do której schodzę do wody, żeby nabrać wody do picia, albo żeby posiedzieć z kubkiem herbaty w nocy i patrzeć na niebo.


Od lat siedzę godzinami na tej skałce w nocy kontemplując niebo. Było nie było, byłem astrofizykiem, nie? 

Dalej wszystko wymaga od Ciebie wyobraźni, bo nigdy nie bywasz  w takiej sytuacji, zupełnego odcięcia od świata. Nie słychać ŻADNYCH ludzkich odgłosów, samochodów, nie widać nikogo, nigdy, żadnej łuny świateł, klaksonów, muzyki, dudnienia szosy. Pływam łódką, nagusieńki, po rozczłonkowanym, kilkukilometrowym skalistym jeziorze; jem, to co złowię. Wegetuję jak Robinson, dużo bardziej samodzielnie i samotnie niż dowolny harcerz zdający na “Trzy Pióra”. Po kilku dniach takiej samotności (trudno Ci sobie taką samotność wyobrazić) wpada się w dziwny  stan umysłu, zupełnie Ci nie znany. (Dwie dorosłe osoby  zawiezione na wysepkę, którą widać na zdjęciu, rozpłakały się już w ciągu pierwszych minut, gdyż nigdy nie znalazły się w sytuacji zupełnego odcięcia od cywilizacji). Bardzo rożne człowiek ma przemyślenia w sytuacji kompletnej samotności, szczególnie po kilku dniach. Niebo jest niezwykłe, jakie znasz jedynie z wysokich gór w zimie. Nie ma żadnego “light pollution”, widać szalony Wszechświat i satelity, i spadające gwiazdy, widać takie niebo, jakie widywali nasi praprzodkowie - a my nie znamy go już wcale. No nie, kłamie, bo przecież te satelity widać.

A w ciągu dnia, ok. 4 po południu, w przeciągu około godziny, granatowe - bądź białe od upału - niebo przecinają białe smugi pasażerskich samolotów lecących przez biegun ze Skandynawii, z Rosji, do Toronto, i dalej do Stanów. To jest ten ostatni kawałek cywilizacji, smugi od pasażerskich odrzutowców na niebie. Jesteś tylko Ty i te smugi na niebie.


 W nocy tej cywilizacji przybywa, widać ok. 300 km nieba, widać trzy pasażerskie korytarze powietrzne, widać nocne loty pocztowe Fedeksu i innych kurierów, przez biegun, do Europy, widać nocne loty rejsowe, dziesiątki samolotów biznesmenów, samoloty rządowe obserwujące pożary lasu, małe awionetki na pływakach, którymi ktoś z sąsiednich, zamieszkałych jezior leci po piwo i mleko lub po amerykańskich wędkarzy na płatny camping. W nocy widać wszystkie samoloty, nie ma ani momentu, żeby nie było widać kilku na niebie - ich światełek pozycyjnych, ognistych wylotów silnika. Tego też nie znasz, bo jak mówię, na odludziu daje się zaobserwować kilkaset kilometrów przestrzeni powietrznej, w krystalicznym powietrzu. Błyskające światło pozycyjne małej awionetki widać - choć silnika nie słychać - ze stu kilometrów. Samolot pasażerski widać z odległości 200 km, nic dziwnego, ze widać coś zawsze. Dlatego mam lornetkę i siedząc na tej skałce gapię się w nocy na samoloty, żeby mieć choćby taka łączność z ludźmi.  To był już piąty dzień samotności, we wtorek. Pogodę cały czas miałem zwariowaną. Normalnie, w Ontario, początek września jest zupełnie tatrzański. Trafiają się przymrozki, szalone słonce, żadnych przeklętych owadów, wspaniałe kolory, rześki chłodek. W tym roku - nic z tego. O piątej rano, w piątek, było plus 28 stopni. (wiem, bo znam zachowanie masła w słoiku w każdej temperaturze, nie wożę już termometru). Spałem nago, leżąc na spiworze i cały dzień też pływałem łódką nago, w upale, zmęczony już tym słońcem, gorącem, czerwony jak rak, albo Niemiec na Majorce. Wiał przez trzy dni silny pustynny, południowy wiatr. Dopiero we wtorek rano cos się zmieniło: dalej było gorąco ale wiatr się wykręcił, niebo było białe i temu przypisałem, że o czwartej nie pojawiły się moje smugi na niebie. Wróciłem przed samym zmierzchem, oskrobałem ryby,  rozpaliłem ognisko, ściemniało szybko, założyłem jednak koszulę, w której miałem przypięte okulary do czytania, ale jednak gdzieś mi przy tej operacji wypadły. Poszedłem po latarkę do namiotu, żeby ich poszukać. Latarka nie zapaliła się, wiedziałem jednak, ze da się natychmiast naprawić. W namiocie mam na sztywno wszyty mały halogenik - ale bez okularów nie mogłem naprawić mojej przenośnej latarki. Bez latarki - nie mogłem  znaleźć okularów. Catch-22.  No i fiut. Na tym polega samotność Robinsona, ze do rana spokojnie bez okularów przeżyję, a rano znajdę je w minutę, bo wiem, gdzie mi wypadły. Ości z ryby po prostu ostrożnie wypluję. Wrzuciłem sandacza w folii na ruszt (ach, rolę rusztu pełni znaleziona 15 lat temu chromowana półeczka druciana z lodówki, którą ktoś wyrzucił w buszu; ileż ryb upiekła! Znów wspomnienia Krzysia.) Wziąłem kubek z herbatą i poszedłem popatrzeć na niebo.

 I wtedy nagle zrozumiałem. Na niebie nie było żadnego samolotu. Ani pasażerskich, ani pocztowych, ani lokalnych - ani nawet myśliwców. Świat się skończył, gdy łowiłem sandacze. Bezgłośnie. Oczywiście, jako stary komandos, przez lata miałem wypracowane strategie, co zrobię na wypadek wojny biologicznej, zarazy, wojny nuklearnej, wszelakiej. Dlatego przecież jestem w Kanadzie. Zawsze wiedziałem, ze będę walczył z uporem do końca i będę ostatnim człowiekiem, Robinsonem, który przeżyje. Ach, jak skomplikowane scenariusze budowałem od dziecka, od wojny koreańskiej, która straszono mnie w przedszkolu.

Spędziłem dwie godziny z lornetką usiłując wykryć jakikolwiek myśliwiec, lecący z jakiegolwiek kierunku. Było oczywiste, ze wojna została rozegrana w drastyczny sposób, świat się skończył albo za pomocą nieznanej broni (ale wtedy leciałyby ciężkie transportowce przejąć Amerykę), albo za pomocą chirurgicznego ataku atomowego, który kompletnie sparaliżował siły lądowe - i w tajemniczy sposób - siły podwodne. Zobaczyłem w końcu coś, co znam tylko z książek: SR-71 musiał to być, lecący na 20 km wysokości, bo nie było go widać nawet lornetką, taki był maleńki, leciał ze trzy prędkości dźwięku, sądząc po prędkości kątowej, migając światłem pozycyjnym, inaczej myślałbym, ze satelita. Leciał w kierunku na Alaskę. OK.; jeden cwaniak przeżył.

W takim razie dojdzie do mnie fala uderzeniowa. Pod ziemia fala uderzeniowa wybuchu nuklearnego idzie z prędkością 1500 m/sek, ale w powietrzu niewiele więcej niż prędkość dźwięku, więc najpierw usłyszę, poczuję drżenie skały i będę miał dużo czasu, żeby kombinować. Polecą wszystkie drzewa, więc muszę się przenieść na wyspę (patrz zdjęcie) i nie dać urwać sobie głowy, okopać się na gołej skale nie ma jak. Radia ze sobą oczywiście nie miałem, bo nawet, gdybym miał, to nie ma tam odbioru UKF-u. Komórkowy też tam nie działa.  Do samochodu nie mam szansy dojść bez latarki, szlak jest wycięty miedzy drzewami przez bagienka i skały, i moja taśma znacznikowa jest co pięć metrów; w dzień trudno tam przejść. Po ciemku bez szans. Oprócz tego świat się skończył,  więc nie ma po co jechać. Nadeszła moja chwila, teraz mam  kombinować, jak przeżyć. Wiem, że przynajmniej jedna osoba poleciała w kierunku Alaski; jeszcze zobaczymy kto cwańszy; żebym tylko jeszcze znalazł okulary. Właściwie do rana strategia ma polegać na zagotowaniu herbatki i przetrwaniu za skałą kilku fal uderzeniowych a dalej się zobaczy- będzie totalny pożar,  skażenie promieniotwórcze, trzeba będzie brać sprawy pojedynczo, woda będzie niepijalna, ryby mam w folii na trzy dni, przeżycie fali uderzeniowej będzie ciężko wykonalne, cudem kiedyś przeżyłem huragan w buszu na takiej wyspie, gdy drzewa latały dookoła i wiedziałem, że szanse są marne w lesie, a na skale niewiele lepsze.

 No i fiut. Popłynąłem te 50 metrów na wyspę i deliberowałem, czy łódkę wydąć i zwinąć pod skale, czy wręcz przeciwnie, mieć ja gotowa na wypadek totalnego pożaru, żeby jakoś na środek jeziora wypłynąć. Tak czekałem, kombinowałem, ucho trzymałem przy skale, w niebo się gapiłem, wszystkie scenariusze do północy mi się wyczerpały, już wiedziałem, ze żadna fala uderzeniowa nie przyjdzie. Wróciłem do namiotu ale specjalnie nie pospałem. Wszystkie możliwe scenariusze wyczerpały mi się już definitywnie. Rano znalazłem okulary, złapałem parę ryb, ogoliłem się, wykąpałem, zwinąłem namiot, załadowałem łódkę, przepłynąłem jezioro, oskrobałem ryby. Zaniosłem rzeczy do samochodu, ale nie włączyłem radia. Wróciłem nad jezioro i za drugim nawrotem przyniosłem łódkę, zmieniłem kalosze na sandały; Honda zapaliła, po tygodniu, od pierwszego zakręcenia. W radio odezwała się “Ottawa Rock Station”, na granicy słyszalności, z trzaskami. Po piętnastu kilometrach można było już złapać normalne radio. Przemawiał niegramatycznie, nic nie mówiąc, tutejszy wysoki towarzysz, że rączki utniemy wichrzycielom. Tak wróciłem z dalekiej podróży. 


wm